wtorek, 1 listopada 2011

Dziękuję

Dziękuję po kolei wszystkiemu i wszystkim, którzy w jakiś sposób wpłynęli na moje życie. 
    Dziękuję rodzicom, że jestem ich, że uczę się na nich i wiem dzięki nim, czego nie chcę robić w przyszłości, a co chcę po nich powtórzyć. Dziękuję, że mam, co mi potrzeba.
    Dziękuję wszystkim z pierwszych lat życia i wszystkim z tego ważnego czasu pierwszej szkoły, ale chociaż dobrze wspominam moją klasę, podstawówka była najpaskudniejszym okresem w życiu tej zahukanej, totalnie zakompleksionej, wrażliwej ponad miarę, odizolowanej dziewczynki, jaką byłam. 
    Dziękuję N. za pojawienie się wtedy w moim zamkniętym świecie i za budowanie go razem ze mną, odrealnionego, bezsensownie fantastycznego, gdzie Peru leżało kilka kilometrów od Abu Dhabi, a my wraz z Piterem (tak miał na imię?), którego sylwetki nigdy nie poznałyśmy, bowiem kontaktowałyśmy się z nim jedynie przez telefon, ratowałyśmy świat przed Czarną Bragzą w spółce z Fidermapsienem. Pisałyśmy powieści, miałyśmy własny alfabet szyfrowy i pierwszy raz w życiu - razem - ogoliłyśmy nogi. Dziękuję N. także za to, że później, w gimnazjum była przykładem zbuntowanej nastolatki, czytającej książki, palącej, przeżywającej pierwsze miłości, pijącej, malującej paznokcie na czarno, kupującej coraz większe różowe staniki i słuchającej My Chemical Romance na przemian z disco polo, podczas gdy ja byłam szarą myszką, a kolorowe były tylko wytwory naszej wyobraźni i momenty, w których nie potrzebowałyśmy mózgu, żeby myśleć i miałyśmy totalny ubaw z niczego. Właściwie N. i ten czas, który z nią spędziłam był najbardziej ryjący beret i genialny w symbole, które znamy tylko my, poniekąd bratnie nastoletnie dusze. 
    Dziękuję The Pussycat Dolls za wypuszczenie popowej komerchy, która wkręciła mnie na przełomie podstawówki z gimnazjum i już wtedy delikatnie nasączyła pewnym rodzajem feminizmu, który dziś objawił się jako martinizm - konkretny nurt, który utworzyłam. 
    Dziękuję za Gang Mankuta wszystkim i sobie. 
    Dziękuję G., a właściwie D. za to, że po prostu się pojawił i może za to, że nie wie ile swoją osobą zapełnił kartek pamiętnika i jaki wówczas robił mętlik w głowie, żebym dopiero dziś umiała z akceptacją przyznać się przed samą sobą - tak, byłam zakochana. 
    Dziękuję A. za to, że znalazła się w momencie, kiedy nie miałam nikogo i była ze mną zawsze, gdy była potrzebna i, że ja byłam jej potrzebna, gdy płakała przez swoje miłości. Za to, że mówiła do mnie "Gosinko". Dziękuję jej za to, że grzeczna poukładana dziewczynka z wysoką średnią zostawała w domu, a jej zwariowane alter ego chodziło ze mną na imprezy i do ortodonty, bo "my zawsze razem!". I dziękuję za to, że wreszcie idealna dziewczynka, a tak na prawdę niezwykle emocjonalna kobieta, przeszła przemianę, uciekała z domu, szalała na parkiecie i poza nim, śmiała się i biegała we łzach, gubiła się i odnajdywała - dziś spokojnie idzie przez życie, bo potrafi mieć siebie pod kontrolą równocześnie nie rezygnując z dobrej zabawy. 
    Dziękuję High School Musical za odrealniony obraz radości, miłości, przyjaźni, marzeń, za utopię, której fragmenty dziś oglądam z sentymentem dla poprawy nastroju. 
    Dziękuję M., K., i Ł., że dusiłam się przy nich ze śmiechu, że kształtowali mnie swoimi zjaranymi spostrzeżeniami i, że mogłam obserwować jak bardzo się zmieniają. Chłopcy... 
    Dziękuję B., bo nieświadomie dał mi lekcję. Pokazał, że ludzie mają zbyt niską samoocenę i nie wierzą w siebie, podczas gdy dla kogoś są najlepsi. 
    Dziękuję T. za emocje, za którymi właściwie tęsknie, bo teraz jestem zbyt zdystansowana, żeby je mieć. Dziękuję mu za to, że wystawił na próbę przyjaźń, którą wybrałam naiwnie sądząc, że będzie trwać wiecznie, w konsekwencji czego to on jest pierwszą przyczyną, dla której pokochałam egoizm. 
    Dziękuję S., bo jest najbardziej pewną siebie osobą jaką znam, bo wierzy we własne siły i marzenia i wierzy w swoich bliskich. Dziękuję jej za chwile, które wprowadziły pierwiastek entuzjazmu, za te momenty, które były czymś ciekawym. Dziękuję jej za to, że mnie stworzyła. Pokolorowała szarą myszkę i sprawiła, że myszka jest przez jednych lubiana, przez innych nienawidzona, a nawet jakieś słonie się jej boją. 
    Dziękuję S., takiej samej, a jednocześnie innej, że była moim żywym pamiętnikiem, że działała oczyszczająco na wszystkie smutki, które przy niej mogłam z siebie wylać. Dziękuję jej, za popychanie wprzód i asekurowanie przed upadkiem i za pielęgnowanie we mnie sekretu. 
    Dziękuję K., bo jest przykładem na to, że można gadać od rzeczy przy piwie, a następnego dnia mówić jak cytatami i będąc uroczą laską mieć w sobie dobry smak i klasę. Dziękuję jej za snucie planów, wymyślanie facetów, za to, że umiała mnie tak dobrze poznać.
    Dziękuję M. i M., że tworzą teraz ze mną dom i, że po pierwszym miesiącu, kiedy jestem z nimi blisko, już wiem, że za rok, będę mogła napisać im książkę z podziękowaniami.

Dziękuję tylu, tylu ludziom, Wam wszystkim, bo każdy, kto zamienił ze mną kilka zdań wpłynął na to, kim teraz jestem. Znów starsza. 


1 komentarz:

  1. moje inicjaluy sie tu pojawiły i jestem strasznie zaskoczony w sumie to zdziwiony:)

    OdpowiedzUsuń